Szczecińska stocznia zamierza mocniej postawić na realizację zamówień z branży offshore. Wybuduje wewnętrzne platformy, które będą częścią największej duńskiej farmy wiatrowej powstającej na Morzu Północnym. Kontrakt z chińską spółką Dajin Offshore będzie realizowany do końca przyszłego roku.
Koncert Skankan, Niesamowita Sprawa - Piła - było do 3 stycznia - Klub Rockowy Barka, ul. Wodna - rzeka Gwda - **SKANKAN** **Zespół Skankan** to polska legenda sceny ska. Powstali w Sosnowcu w 1993 r. . Choć działają od 1993 r., to wciąż są młodzi duchem i składem. Grają mieszankę ska, rock&rolla i punka. Na początku lat 90-tych tworzyli scenę ska. Żywiołowa muzyka, mocna
Niesamowita sprawa Dziwne nie? Niesamowita sprawa Dziwne nie? Video. Home. Live. Reels. Shows. Explore
1.3K views, 71 likes, 41 loves, 19 comments, 4 shares, Facebook Watch Videos from Niesamowita Sprawa: Popierniczony rok 2020 powoli zbliża się do końca. I nikt nie będzie po nim płakał. Niesamowita
Find Niesamowita Sprawa – Druga piosenka o końcu świata lyrics and search for Niesamowita Sprawa. Listen online and get new recommendations, only at Last.fm
Informacje i bilety wstępu na koncert Niesamowita Sprawa + Ai Yai Yai, który odbywa się 7.5.2022 20:00 (CK Nowe Amore, Poznań).
. Chcialabym sie podzielic z wami moimi przezyciami w trakcie odmawiania nowenny pompejanskiej. O nowennie dowiedzialam sie 3 lata temu. Wtedy rozpadl sie moj 8-letni zwiazek. Decyzja o jego zakonczeniu zostala podjeta wlasciwie przez obie strony (mielismy inne plany na zycie, prace) chociaz wyszlo to poniekad z mojej incjatywy, wiem ze moj byly bardzo cierpial po rozstaniu. Postanowilam sobie poukladac zycie na nowo i zaczelam odmawiac w tej intencji modlitwe pompejanska. W moim zyciu zaczely sie dziac bardzo dziwne rzeczy, ktorych do dzisiaj nie potrafie wytlumaczyc. Nie dokonczylam tamtej modlitwy ale zrozumialam ile bledow popelnilam w swoim zyciu, jak zle traktowalam innych ludzi. Postanowilam zaczac odmawiac druga modlitwe w intencji mojego bylego chlopaka, aby otrzasnal sie po rozstaniu i znalazl swoje druga polowke. Po jakis dwoch tygodniach, jak sie pozniej dowiedzialam poznal dziewczyne i kilka miesiecy pozniej sie z nia ozenil. Poczatkowo bylo mi smutno, ale w glebi serca cieszylam jego szczesciem. Miesiac pozniej postanowilam odmowic 3 modlitwe w dwoch intencjach- aby Bog przebaczyl mi wszystkie krzywdy ktore wyrzadzilam innym ludziom i dal mi kochana osobe – kogos kto bedzie mnie bardzo kochal i ja jego (wiem ze intencja tej modlitwy powinna byc tylko jedna). Mniej wiecej po 2 tygodniach odkad zaczelam modlitwe – zadzwonil do mnie znajomy (chlopak ktoremu sie podobalam) z propozycja spotkania. Postawonilam dac mu szanse, po kilku tygodniach zaczelismy regularnie sie spotykac i nasza przyjazn przerodzila sie w milosc. Wiem ze zeslala mi go Matka Boza. Niestety tamtej modlitwy nie dokonczylam (zabraklo mi tygodnia). W naszym zwiazku bywalo roznie, ale nikt w zyciu nie okazal mi tyle milosci. Glownym problemem jaki sie pojawia jest temat slubu. Moj chlopak jest niewierzacy i nie chce wziac slubu. Nastepna modlitwe pragne odmowic w intencji o cudownego i kochanego meza (chcialabym aby byl nim moj chlopak) wierze ze Maryja mnie wyslucha. StartŚwiadectwa o nowennie pompejańskiejKinga: Ta nowenna jest niesamowita
Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź 1 2011-09-05 20:58:09 Olciako Na razie czysta sympatia Nieaktywny Zarejestrowany: 2009-10-04 Posty: 27 Temat: Dziwny senOd pewnego czasu powtarza mi sie dziwny sen i za każdym razem jadę samochodem nawet nie wiem czy swoim przez strasznie niestabilny most taki drewniany strasznie się boje bo pod spodem jest rzeka. W końcu przejeżdżam później zawsze w tym samym miejscu zawijam i znajduję się nawet nie wiem kiedy jakby pod jakimś sklepem barem i czekam na kogoś. Nie wiem na kogo ale strasznie tęsknie i mam nadzieje, że przyjdzie ale nigdy ten ktoś nie ten sam sen nawet nie wiem jak szukać w senniku co to może oznaczać i dlaczego ciągle mi sie powtarza? 2 Odpowiedź przez Sadeyes 2011-09-07 12:55:08 Sadeyes Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2011-09-07 Posty: 3 Odp: Dziwny senWitaj:) Samochód zazwyczaj interpretuje się jako symbol rożnych impulsów, które wpływają na działanie i zachowanie człowieka i dostarczają mu motywacji. Jeśli to Ty prowadzisz to może znaczyć ze panujesz nad jakaś sprawa i doprowadzisz ja pomyślnie do finału. Możliwe jednak ze to wezwanie do większej aktywności w celu zmiany swojego życia lub osiągnięcia nowych celów:)Ten most może oznaczać jakieś przeciwieństwa drzemiące w Tobie lub w relacjach z jakimiś stanowi często wezwanie do dążenia do harmonii wewnętrznej i łagodzenia konfliktów poprzez kompromisy. Jeśli śni Ci się stary most, może to oznaczać trudności ale zarazem ich usuniecie jeśli przejeżdżasz przez niego:) Mozę tez stanowić wezwanie żeby nie palić za sobą wszystkich mostów a w określonej sprawie zostawili furtkę do oznacza ze udaremniliśmy kompromis i mamy jaki konflikt z naszej winy.:P Nie napisałaś jak wygląda ta rzeka a to tez ma znaczenie:) była spokojna, mętna,zburzona? Jeśli przejeżdżasz przez most nad rzeka oznacza to ze musisz zmienić swoje dotychczasowe bar oznacza ze jesteś osamotniona i potrzebujesz towarzystwa,tesknisz za kimś możliwe ze rozstałaś się z kim ważnym albo poklocilas:P według mnie chodzi to o to ze nie mozesz przetrawic tej sytuacji i jesli jej nie rozwiążesz to sen ciągle będzie sie powtarzał bo tak wychodzą nasze podświadome lęki:p zastanow się co moglo byc przyczyna:) trzymaj sie cieplutko:) 3 Odpowiedź przez Olciako 2011-09-07 17:19:46 Olciako Na razie czysta sympatia Nieaktywny Zarejestrowany: 2009-10-04 Posty: 27 Odp: Dziwny sendzięki wielkie za odpowiedz w sumie zastanawiałam się że to może chodzić o mojego znajomego który bardzo się zmienił nie umiem mu jakoś pomóc chociaż chciałabym. Jeśli chodzi o rzeke jest ona brudna, zamulona i strasznie się boje ale jakoś przejeźdzam. I najgorsze jest to czekanie na tego kogoś zawsze stoję i mam wrażenie, że to jest wieczność. Stoję,czekam i tęsknię. Musze jakoś to rozwiązać, może w końcu jakoś to rozwiąże chociaż sen mam od jakiegoś roku. Nie wiem czy to dotyczy tego własnie chłopaka ale tak myśle. Dzięki wielkie 4 Odpowiedź przez Biała Gejsza 2011-09-09 14:21:36 Biała Gejsza Dobry Duszek Forum Nieaktywny Zawód: Kosmetyczka Zarejestrowany: 2011-06-03 Posty: 107 Wiek: 23 Odp: Dziwny senBrudna mentna rzeka oznacza klopoty ty w snie mijasz w snie przejezdzajac przez most byc moze przezwyciezysz jakies klopotliwe przeciwnosci losu. 5 Odpowiedź przez Marissa1988 2011-10-10 15:02:53 Ostatnio edytowany przez Marissa1988 (2011-10-10 21:51:28) Marissa1988 Dobry Duszek Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-08-09 Posty: 130 Wiek: 23 Odp: Dziwny senMiałam w nocy sen właściwie koszmar. (SPROSTOWANIE : Rok temu mój obecny zostawił mnie dla swojej byłej dziewczyny. Podobno oświadczał się jej ale ona powiedziała mu że spotyka się z innym. Cały czas on starał się w jakiś sposób utrzymać kontakt ze mną, dzwonił z zastrzeżonego, chciał wiedzieć co u mnie,chciał się spotkać. Nie chciałam go znać, taka była moja skorupka, że ma się ode mnie odwalić, mimo, że go kochałam i tęskniłam. Udawałam twardą. Po tym wszystkim on nie chciał dać mi spokoju spotkaliśmy się i tak zaczęło się na nowo. Jego zachowanie w stosunku do mnie zmieniło się diametralnie. Jest nadzwyczaj opiekuńczy wyrozumiały i cierpliwy ma oczywiście jakieś swoje tam wady no ale ogólnie jest nam dobrze. Jesteśmy 2 miesiące po oświadczynach. Ja powiedziałam mu , że nadal pamiętam o tym co było, że trochę mnie to jeszcze boli i czuje niepewność. Jeśli zacznie być coś nie tak z jego strony to będzie między nami definitywny koniec, nie będę chciała słuchać jego tłumaczeń itd. Ale jak wspomniałam od czasu zaczęcia naszej 2 kadencji jest bardzo dobrze między nami.) Dzisiaj miałam sen. Śniło mi się , że jego była zaczęła coś się znowu ujawniać i wchrzaniać między nas. Zaczęła mi mówić , że on się z nią kontaktuje, że nie daje jej spokoju, że doładowywał jej komórkę.... jakieś niezrozumiałe rzeczy hmm . I co do czego ja zerwałam z nim. I miałam wrażenie , że zrobiło mi się lżej. Tak jakby cały ciężar ze mnie spadł. Coś w stylu kamień z serca. Z tego co widziałam na fb ona też jest zaręczona z pierścionek , wg. niego jest symbolem tego , że ktoś mnie bardzo kocha, jeśli nie będziemy razem to niezależnie od tego mam go zachować dla siebie , żebym wiedziała , że ktoś mnie kiedyś bardzo kochał - to były jego słowa podczas oświadczyn .Czuję się teraz trochę zmieszana i wypluta. Zdenerwował mnie ten sen. Dodam, że nasz związek jest troszkę trudny, bo na odległość widujemy się co 2 tyg. teraz bo zaczął sie rok akademicki, wakacje spędziliśmy praktycznie całe sie wygadać, może ktoś to obiektywnie ocenił , albo zna się na snach, bo ja troche w nie wierze ;(. 6 Odpowiedź przez helen 5 2012-11-27 21:07:45 helen 5 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2012-11-27 Posty: 30 Odp: Dziwny senJa też miałam dziwny sen, przyśniła mi się było to, że w pewnym momencie uśmiechnęła się radośnie i pokazała komplet nowiutkich, równych ale złotych zębów !Sprawdzałam w senniku internetowym i złoty ząb oznacza stratę/ lub pokusę. Tylko teraz nie wiem, dla kogo ta stratadla mnie czy dla niej. Poza tym w sennikach piszą o jednym zębie a nie o całym garniturze złotych ktoś się zna na interpretacji snów? 7 Odpowiedź przez Rocket Queen 2012-11-27 23:19:21 Rocket Queen Dobry Duszek Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2012-09-04 Posty: 122 Odp: Dziwny sen Wiara w sny, to forma zabobonu i ja w to nie wierze. Od lat mam przewlekający się sen o wypadających zębach i gdyby miało to sie sprawdzić zostałabym bez rodziny, wypadające zęby - śmierć kogoś bliskiego. Kiedyś sprawdzałam w senniku każdy sen, teraz uważam, ze powinniśmy kierować się własnym rozumem, a nie wskazaniami senników, to jak horoskop. Jeżeli symbolika snu się "sprawdzi", to jest to jedynie przypadek jak ich wiele... Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa. 8 Odpowiedź przez helen 5 2012-11-27 23:29:53 helen 5 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2012-11-27 Posty: 30 Odp: Dziwny senObyś miała rację Rocket Queen, nie chcę żadnej straty, którą zwiastuje ten ile razy śnił mi się wyrywany ząb - zmarł ktoś z mojej żeby tym razem się nie sprawdziło. Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Rozmowa z Ildefonsem Houwaltem, artystą, malarzem — Pańska wypowiedź zamieszczona w katalogu retrospektywnej wystawy grupy „4 F+R” zbulwersowała nie tylko teoretyka grupy F. M. Nowowiejskiego, który nadesłał sprostowanie do „Gazety Poznańskiej”. Z perspektywy lat pisał pan następująco o nazwie grupy, której poznańskie wystawy w latach 1949 i 1956 odbywały się w atmosferze skandalu: „Widzieć w niej można było mnóstwo dobrych chęci i jeszcze więcej dyletantyzmu rodem z amatorszczyzny. Taka też była ich sztuka”. Jeśli „ich”, to zarazem i pana, ponieważ w 1949 roku był pan jeszcze członkiem „4 F+R”. — Oczywiście, wówczas tak. Ale cóż to za nazwa „4 F+R”? Cztery pomińmy, lecz Forma! Farba! Faktura! Fantastyka! Wszystko czego się amator dowiedział o czynnikach składających się na twórczość malarską, wszystko to umieścił w jednej formule. No, czyż to nie jest dyletantyzm?! Na miłość boską! Dziwne są nazwy grup, ale jest w nich zwykle jakaś ekspresja. A tutaj nie ma żadnego wyrazu, są tylko zebrane do kupy pojedyncze słowa. Jednego humoru tylko tutaj brakuje, jednego N, tzn. powinno być: forma, farba, faktura, fantastyka, realizm i Nowowiejski. Za miastem, tempera, papier, tektura, 12 x 20 cm, 1970 — Dlaczego wobec tego zapisał się pan do tej grupy? — Przecież tłumaczyłem to nieraz, z konieczności, aby przeciwstawić się polityce kapistów, bo oni nie liczyli się nie tylko z nami, ale z nikim. Dopiero wówczas, kiedy wystąpiliśmy jako grupa, musieli się z nami liczyć. Jeszcze wtedy Cybis wywierał presję na organizatorów naszej ekspozycji, nadesłał bowiem prace swojej drugiej żony, Heleny Zaremby‐Cybisowej, której wystawa miała się odbyć w tym czasie co nasza. Myśmy się nie zgodzili. Wówczas organizatorzy zaproponowali, żeby dwa tygodnie trwała jedna wystawa, a dwa druga. A myśmy zapytali: z jakiego powodu?! — Mówi pan o wystawie z 1949 roku? — Tak, bo na pierwszej były prezentowane tylko szkice i akwarele i nie odbywała się ona pod firmą „4 F+R”. Pamiętam z niej recenzję pani Józefowiczówny, osoby kompetentnej, doświadczonego historyka sztuki. Wyrażała się ona o mnie bardzo pochlebnie ani słowem nie wspominając o moich współtowarzyszach. Mówię o tym, ponieważ do 1956 roku była to chyba jedyna pochlebna recenzja o mojej twórczości. Jeszcze raz podkreślam, że ta wystawa nie była organizowana pod szyldem „4 F+R”, ponieważ dopiero po niej, któregoś wieczoru, zaczęliśmy się zastanawiać czy warto występować pod wspólną nazwą. Ale dlaczego pan się tak dopytuje o te początki? Dlaczego mam się na starość wstydzić? Pan by o tym mówił? — Ja nie zapisywałbym się do żadnej grupy, działałbym w pojedynkę. — No to po co pan pyta? Dramatis personae i maski, temp. , 12 x 10 cm, 1972 — Bo chcę wiedzieć, jak było. Z tego co pan mówi wynika, że wystawa z 1947 roku uznana została ex post za pierwsze wystąpienie grupy „4 F+R”. — Nie chcę o tym mówić, bo nie wydaje mi się to ważne. — Często podkreśla pan znaczenie solidnego wykształcenia. Robi to pan, artysta niezależny, którego twórczość o niepowtarzalnym nastroju z pogranicza snu i fantastycznej baśni nie jest podobna do żadnej innej. Co panu zatem jako malarzowi dały studia pod kierunkiem Ludomira Ślendzińskiego na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie? — Dlaczego raptem ja mam mówić o znaczeniu szkoły?! Czy pan nie wie, co to jest szkoła? — Zwracam się z tym pytaniem do pana, ponieważ wydaje mi się interesujące, że taki indywidualista jak pan, w przeciwieństwie do wielu epigonów i amatorów, podkreśla znaczenie akademii. Różowa niestrawność, temp. 12 x 18 cm, 1971 — W akademickim systemie nauczania nie mogło być amatorszczyzny, a w kapistowskim była. Mówiąc o początkach mojej edukacji muszę wspomnieć o nauce w gimnazjum im. Zygmunta Augusta w Wilnie, do którego uczęszczali wówczas Czesław Miłosz, z którym chodziłem do szóstej klasy, rok młodszy od nas Aleksander Rymkiewicz i trzy lata starszy Antoni Gołubiew. Wymieniłem te nazwiska, bo jednak czuję się zaszczycony, że uczyłem się z takimi ludźmi i w tamtej atmosferze. Jeśli chodzi o Miłosza, to pomimo że byliśmy w jednej klasie, do bliższej znajomości nie doszło ani wtedy, ani później, bo on był bardzo wyniosłym facetem. Klasa, jak pan wie, nie lubi wyniosłych ludzi i potrafi ich upokorzyć. Miłosza nie potrafiła. U nas był taki zwyczaj kładzenia na stolik. Kładło się delikwenta na profesorski stolik i cała klasa biła, ile wlezie. Nieraz facet wstawał z odbitymi nerkami. A Miłosza nigdy na ten stolik nie wzięto. — Dlaczego? — Miał w sobie coś, co utrzymywało wszystkich w dystansie, później było tak samo. Wiem o tym, bo jak był studentem, to jeszcze do nas zachodził. Pamiętam, że podczas studiów wszedł do Sekcji Twórczości Oryginalnej, którą nazywaliśmy w skrócie STO. On wtedy był autentycznym marksistą. Jeśli chodzi o lewicę, to dużą rolę odgrywała wówczas Akademicka Lewica Wileńska. Stamtąd wywodzą się między innymi: Putrament, Jędrychowski, Sztachelski. — A jak przebiegały pańskie studia na uniwersytecie? — Nauczyłem się na nich dużo, ale nie zawsze na zajęciach, — Dlaczego? — Ponieważ na korektach profesorowie niczego mądrego nie mówili. Ślendziński opowiadał o pryzmacie nosa, walcu szyi i w jaki sposób walec przedramienia zachodzi na ramię — to były nudne rzeczy. Albo korekta takiego Ruszczyca, który chodził po korytarzu w kapeluszu jak u granda hiszpańskiego i w pelerynie, która za nim furczała. Przechodził z sali do sali i powiadał stukając w talerz: — Z tego talerza pan musi napić się zupy! Pan mnie rozumie?! — Rozumiem, panie dziekanie! — odpowiadał dziarsko student, który do dzisiaj nie wie, o co chodziło, Albo tenże Ruszczyc mówił: — Ten kolor musi śpiewać. Pan mnie zrozumiał?! — Zrozumiałem, panie dziekanie! Po takiej korekcie student czuł się zbudowany, rozgrzeszony, zaczynał życie od nowa. Odlot wykojarzony, tempera, papier, tektura, 21 x 16, 8 cm, 1985 — W podobny sposób przeprowadzał korektę prac swoich uczniów Jacek Malczewski, który otwierał drzwi, stawał w progu i spoglądając na obecnych mówił: — „Malujcie tak, ażeby Polska zmartwychwstała”. l wychodził. — Tak jak mówiłem, mniej więcej przebiegały zajęcia. Ale kiedy spotykało się Ślendzińskiego po południu w knajpie, to dopiero na tych spotkaniach uzyskiwaliśmy podstawy wyższego wykształcenia. Profesor opowiadał nam takie rzeczy, których nie mógł powiedzieć na wykładach, na przykład jak rysował czy malował, w jaki sposób sam dochodził do pewnych osiągnięć. — Nie wytłumaczył pan właściwie, co konkretnie tej szkole zawdzięcza. — To przecież wszystko była szkoła! A czy myśli pan, że ograniczała się ona wyłącznie do wykładów? Jeżeli przychodzę na wykład i niczego się nie dowiaduję, natomiast po południu spotykam profesora i on mi po pijanemu wszystko mówi — toż to przecież w dalszym ciągu jest nauka! Szkoła wileńska dała mi przede wszystkim świadomość, że trzeba coś umieć oraz opanowanie rysunku. Bo dobry profesor, jak na przykład Ślendziński, potrafił naprowadzić studenta na metodę, co jest ważne, bo chaotycznie rysuje amator, Wytłumaczę to panu na przykładzie. Miałem w czasie studiów pewnego kolegę. Cóż to był za genialny facet! — prawie jak Leonardo da Vinci. O budowie człowieka wiedział wszystko, za mało mu było lekcji anatomii, był zresztą również lekarzem. Pewnego razu narysował głowę Stefana Batorego na tle jakichś budynków, które rzekomo miały z nim związek. I na tym rysunku umieścił ucho prawie blisko szyi, bo wydawało mu się logiczne, że jeżeli głowa jest lekko pochylona, to ucho powinno znajdować się niżej… A tymczasem jest akurat odwrotnie. Jeśli głowę pochylam, to kości policzkowe idą w górę. Bo ucho proszę pana, to nie jest muszla uszna, którą można obciąć. Zasadniczą rzeczą jest dziurka od ucha, znajdująca się zawsze na wysokości kości policzkowej, l dlatego jeśli głowę pochylam, to ucho idzie do góry, a jeśli podnoszę, to do dołu. Wspomniany kolega mimo talentu i świetnej znajomości anatomii potrafił zapomnieć o konstrukcji. Uniki i poślizgi, temp. , 24 x 32 cm, 1975 — Czy zdolny samouk może dojść do dużych osiągnięć? — Nie może. Samouk nie potrafi się sam niczego nauczyć. Tysiąc samouków w przeciągu stu lat coś potrafi, a w przeciągu dziesięciu tysięcy lat już mogą tacy samoucy dojść do umiejętności człowieka malującego na skale bizony. — Dlaczego pan tak uważa? — Gdyby pan był zawodowym plastykiem, to by pan takich pytań nie zadawał. Toż proszę pana, każdy kto bierze do ręki ołówek i kartkę papieru zawsze pyta, w jaki sposób daną rzecz należy narysować. — Teraz pan przesadza. Są z pewnością tacy artyści, którzy do najciekawszych rzeczy dochodzą sami. Wydaje mi się przy tym, że im większa indywidualność, tym mniej korzysta z uwag profesora, a więcej zawdzięcza sobie. — Sam nauczyć się może tylko impresjonista, ale nie rysowania, a co najwyżej paćkania. Bez solidnej szkoły nie ma niczego. — A jak do tego doszło, że absolwent pracowni malarstwa monumentalnego maluje takie małoformatowe prace? — To dłuższa historia związana z moim losem repatrianta, który wraz z rodziną zagnieździł się w czerwcu 1945 roku w Poznaniu i nigdzie z niego nie wyjeżdżał. Na początku, po przyjeździe, otoczeni byliśmy ze wszystkich stron ksenofobią. Mieliśmy z żoną trudności w otrzymaniu pracy. Robiliśmy laurki, powinszowania, przez jakiś czas pracowałem w charakterze grafika prasowego w „Gazecie Poznańskiej”. Nie otrzymaliśmy zleceń ze sfer kościelnych, a nieco później, kiedy zaczęło się kształcenie nowego narybku, odebrano mi nawet wcierki, które robiłem dla zarobku. Poza tym od razu zaszeregowano nas do starszych, bo skończyliśmy studia przed wojną, więc oficjalnie nigdy nie byliśmy młodzi. Dostałem wówczas pracowienkę na Wodnej, którą pan zna, bo pan tam był. Nic w niej nie mogłem robić, za malutka, bo sąsiedni pokój zajmował ktoś inny. Z czasem pobudował on sobie willę, łącznie z pracownią, ogródkiem, ale pokoju nie opuszczał, bo był jego. Potem nikt w nim nie mieszkał, był zamknięty. Jak to nazwać?! Trzy lata musiałem z nim walczyć, żeby się wyniósł. — Nie wiedziałem o tym. Pamiętam tylko, że trzeba było do pana pukać nogą w określone miejsce w ścianie, bo kiedy pan spał, miał pan z drugiej strony głowę właśnie w tym miejscu, w które trzeba było walić, aby pana zbudzić. — Było mi potrzebne duże pomieszczenie, bo chciałem robić projekty architektoniczne i to nie na wielką skalę, bo 1:10. A teraz już tamte tematy mnie nie interesują; tak dalece przywykłem do malarstwa rodzajowego, że myślę jego kategoriami. Myślę, że w okresie tużpowojennym zostały zmarnowane moje najlepsze twórcze lata. Musiałem o tym powiedzieć, ponieważ pyta pan o moją twórczość i jej koleje, jakby to był jeden wielki ciąg. Nieprawda! Nie było jednego ciągu! — Krytycy ustalili, że „właściwy” Houwalt zaczął się od lat sześćdziesiątych. — A tak. Jeszcze to powiem. Była wówczas wystawa z okazji targów, pokazywano na niej rzeźbę i moje prace. Wszyscy zwracali wówczas uwagę na to, co wystawiłem. — Czy były to już charakterystyczne dla pana tempery? — Tak, wówczas pierwszy raz pokazywałem tego rodzaju prace. Tę ekspozycję zwiedzał, między innymi, ówczesny minister kultury i sztuki Lucjan Motyka i zapytał: — „Takiego malarza macie? Dlaczego nic nie słyszałem o Houwalcie?”. A usłużni odpowiedzieli mu na to: „— Eee, to jakiś taki samotnik, stale pijany”. — Kto tak mówił? — Członkowie zarządu ZPAP. — Jakie były dalsze koleje pańskiej twórczości? — Po zainteresowaniu Motyki, któremu moje obrazki podobały się, działacze związkowi przestraszyli się, zaczęli ministra oprowadzać po ekspozycji i coś tłumaczyć. Była więc propaganda mojej twórczości i dalej już poszło. Pojawiły się nagrody, zakupy krajowe i zagraniczne. A do tego czasu nie byłem w ogóle znany. — Wcześniej, o ile mi wiadomo, malował pan interesujące ekspresyjno‐ironiczne obrazy olejne. Kilka z nich znalazło się na dużej pana retrospektywie w galerii rogalińskiej w 1977 roku. Czy można zatem mówić o przełomie w pańskiej twórczości na początku lat sześćdziesiątych? — Nie było żadnego przełomu! Każdy twórczy malarz eksperymentuje. — Jednak przed wystawą w 1961 roku, o której była mowa, zajął się pan techniką dekalkomanii… — Mój Boże! Znowu ta nieszczęsna dekalkomania! Jeśli ktoś zaczyna pisać lub mówić o moim malarstwie, musi poruszyć tę sprawę, tak jakby była ona taka ważna. — W moim przekonaniu jest bardzo ważna, ponieważ abstrakcyjne formy powstałe przez rozprowadzenie na kartonie farby i odciśnięcie jej papierem inspirują pana w znacznie większym stopniu niż innych artystów świat zewnętrzny. Przyczyniają się więc do powstania fantastycznych wizji, nawet wówczas, gdy owe wizje namalowane na „odciskance” przesłonią ją całkowicie. Ale najczęściej dzieje się tak, że pierwotne formy abstrakcyjne pełnią jeszcze jedną ważną rolę, a mianowicie wzbogacają strukturę przedstawiającą, której są elementem, a tym samym budują tajemniczy klimat, który byłoby panu trudno uzyskać, gdyby posługiwał się pan wyłącznie pędzlem. — Przed tą wystawą w 1961 roku, na której właściwie zaistniałem, bawiłem się dekalkomanią. Była to zabawa w kolor. (Wcześniej, kiedy kończył się socrealizm i zaczynała abstrakcja, malowałem oleje, duże formaty, o których pan wspomniał, ale wówczas moja twórczość nie została spopularyzowana, ponieważ wydawała się jakaś nieokreślona, nie wiedziano jak ją nazwać, a wszyscy potrzebowali etykietek.) Wykonywałem więc wówczas ogromne ilości rozmaitych odbitek, odkładając tylko te, które wzbudzały pewne nadzieje na powstanie interesujących kompozycji. Było ich parę setek. Ale że nigdy — od najwcześniejszego dzieciństwa do dnia dzisiejszego — nie zadowalał mnie żaden automatyzm, musiałem nad tymi odciskankami pracować. Na początku dobrych prac wykonałem około dwustu. Większość z nich znajduje się w Szwecji i prawdopodobnie są już one nie do odzyskania, bo Wydział Kultury, który kupował je ode mnie za bezcen na prezenty, nie prowadził ich ewidencji. — W pańskiej twórczości inspirowanej motywami rozmaitej proweniencji, mitami greckimi. Biblią, doświadczeniami lekturowymi, snami, w której dostrzega się krzyżowanie dwóch sprzecznych prądów — kompromitacji i afirmacji, zawsze pojawiają się pewne przedmioty, mające znaczenie symboliczne, np. miasto w oddali, nagie postacie‐manekiny, zegary, popiersia czy szachownica. — Skąd na miłość boską wziął pan tę szachownicę?! — Jak to skąd? Z takich obrazów jak: „Zielinek”, „Wymuszony powrót”, „Festyn manekinów”, „Błędny drogowskaz” i „Arcymistrz”. — To nie jest żadna obsesyjna sprawa, czasami umieszczam ją na stoliku, a czasami nie. Obsesyjną sprawą u mnie jest pejzaż, który piętrzy się, piętrzy! Rozumie pan?! Nie rozszerza się, tylko piętrzy. — Góra w oddali. — Tak jest! Ale niech pan nie myśli, że on się piętrzy ku coraz lepszemu. Ostatnie piętro, to same ślady po nogach, które wdepnęły w rozmiękczonego trupa. — Skąd tam na takiej pięknej górze wziął się trup? — A skąd się bierze na cmentarzu? Jakże trupowi nie być na cmentarzu? Wileńskie cmentarze były na górach. — Ależ na pana obrazach — z wyjątkiem chyba „Przygwożdżonych cieni” — nie ma cmentarzy. Mówi pan teraz jak Nowowiejski we wstępie do katalogu retrospektywnej wystawy „4 F+R” o pogrzebach („…księża zawsze występowali u Houwalta w jakimś kontekście z pogrzebem”), co nie jest prawdą. Spośród wielu prac, które widziałem, z pogrzebem wiąże się zaledwie jedna, bodajże tylko „Za miastem”. — U mnie są cmentarze, chociaż nie zawsze widoczne. Jeżeli chodzę nogami po ziemi i wdepnę w coś miękkiego, to oczywiste jest, że muszę wdepnąć w trupa. A dla moich ulubionych przedmiotów specyficzne jest to, że są one w białym kolorze. To może być ławka ogrodowa, stolik, popiersie, byleby było białe. — A które z dawnej ulubionych motywów — manekiny, linoskoczki, Amazonki — wprowadza pan jeszcze do kompozycji? — Linoskoczki już się skończyły. Amazonki się kończą; motyw, który będę jeszcze kilka razy powtarzał, to wilkołak. — Krytycy, zwłaszcza ci po historii sztuki, którym wszystko kojarzy się ze wszystkim, dopatrywali się w pana malarstwie wpływów Hieronima Boscha i Alfreda Kubina. — Nie mam nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim. No, może inspirowało mnie „Po tamtej stronie” Kubina? — Ale nie można mówić tutaj o jakimś bezpośrednim wpływie, ilustracyjności czy czymś w tym rodzaju. — W żadnym wypadku. — Czy krytyka sztuki jest w ogóle potrzebna? — Krytyka sztuki nie jest potrzebna ani mnie, ani żadnemu działającemu artyście. Jest natomiast bardzo potrzebna widzowi, po to, aby miał chociaż cień pojęcia o twórczości którą ogląda. I krytyk nie powinien wprowadzać go w błąd. — W przeciwieństwie do zdecydowanej większości plastyków bardzo wiele pan czyta. Jakie są pańskie upodobania literackie? — Wszystko mi się podoba, nawet kryminały, byle dobre. Nie znoszę tzw. dobrej prozy francuskiej, a najbardziej lubię literaturę niemiecką, zwłaszcza austriacką. — Widzę, że ma pan rozpoczętych mnóstwo, bo aż kilkadziesiąt prac. Kiedy będzie je można zobaczyć na wystawie? — Gdyby mi się udało namalować 50 nowych, bardzo dobrych prac, to chętnie zrobiłbym wystawę w Poznaniu, nigdzie indziej. I jeżeli wówczas zaczepiłby mnie właśnie pan, bo drugiego takiego jak pan nie znam, z przyjemnością porozmawiałbym o tych pracach. Ale jest to prawie niemożliwe. — Dlaczego? — Bo nie stać mnie na to. Nie starczy mi życia, jestem ciężko chory. Taka jest moja sytuacja. Zapytam jak Ruszczyc: — Pan mnie rozumie! — Rozumiem panie Ildefonsie! Ta wystawa musi się odbyć, te prace będą śpiewać! Ildefons Houwalt - artysta malarz. Urodził się w 1910 r. W latach 1932–36 studiował na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Od 1945 roku mieszkał i pracował w Poznaniu. Zasłynął jako autor niewielkich formatem temper i gwaszy. Świat przedstawiony malarstwa tego artysty wywodzi się z pogranicza snu i fantastyki. Kwestionuje utrwalone przez tradycję mity i stereotypy, wykazuje także niewystarczalność dawnej estetyki. Biorąc pod uwagę warstwy, wyobrażeniową i kulturowych sensów oraz stronę realizacyjną tej specyficznej twórczości trzeba usytuować ją w kręgu najwybitniejszych osiągnięć nie tylko poznańskiego środowiska plastycznego. Zmarł w 1987 r. w Poznaniu.
Spis treści Obcy: 1 Samotnik: 1 Niesamowita opowieśćPrzed drogą daleką(Urywki z pamiętnika W. Lasoty) Maj 1905 1Nastają dla mnie dnie szczęśliwe, pogodne. Jakiś dobry duch zawitał w moje progi i łaska spłynęła w domowe zacisze. Południa mam teraz ciepłe, słońcem nagrzane, wieczory łagodne, kojące. Praca dnia przynosi mi plon hojny; czuję szacunek ludzi, miłość uwielbianej żony. Jestem młody, zdrów i silny. Ramiona moje prężą się męską energią czynu, mózg mój gibki i sprawny rozwiązuje łatwo stawiane sobie zadania. Krokiem elastycznym przemierzam ulice, lekki, młodzieńczo swobodny sycę oko barwną zmiennością rzeczy. Piękny, ciekawy jest świat!… 2Szczęśliwie rozpocząłem trzydziesty rok życia. Zapowiada się pomyślnie, wśród wróżb dobrych na przyszłość. Dochodzę do długo upragnionych spełnień, stoję w świecie stopą pewną, spokojnie spoglądam w rozwierające się przede mną dalekie perspektywy. Jestem na drodze do zakreślonych mi przez los mój i zdolności szczytów, czuję, jak wzmożona pracą lat jaźń, pojąwszy cel sobie właściwy, zdąża ku niemu rytmem niezachwianym, zdobywczo. 3Przyjaciół szanowne głowy chylą się ku mnie gestem życzliwym, zgodne w uznaniu, serdeczne uściski rąk ludzi obcych umacniają mnie w przekonaniu, że życia nie teram[1], żem tu potrzebny i ważny. 4Błogosławię ci, życie… 5Zdaje się, zachodzą we mnie od niedawna, może nawet w tych ostatnich czasach, znaczne zmiany w stosunku do życia i jego przejawów. Zaczynam je pojmować bardziej po ziemsku — więc serdeczniej, goręcej. Zbliżyłem się jakoś do świata, do ludzi i słyszę teraz wyraźniej gorące ich tętno. Życie poczyna mieć dla mnie urok całkiem nowy, dotąd niespodziewany; jakby zdwoiła się dla mnie jego przedziwna uroda. 6I szczególne! Właśnie jego zmysłowość i żywiołowa jurność hipnotyzują mnie teraz nieprzeparcie. Czyżby odwet za bardziej duchowy tryb lat poprzednich?… 7Staję się z dniem każdym zapamiętalszym wielbicielem kształtów i form, żywiołowej bujności życiowych procesów, cielesnej strony rozwoju. Ja, niegdyś zwolennik eterycznych abstrakcji, twórca fikcji rozwiewnych za najlżejszym tchnieniem, dziś kocham się w plastyce, w concretum, nurzam z rozkoszą chorobliwą nawet w małostkach dnia. Jest w tym utajony jakiś, głęboki jak morze liryzm, rzewne ukochanie czegoś, co miłe i wrogie zarazem, czarowne i groźne, poważne i naiwne czasem jak dziecko. Jestem dziś dziwnie wyrozumiały i miękki. Patrzę, uśmiecham się pobłażliwie, jak starzec na swawolące wnuczę, i nagle ni stąd, ni zowąd łzę czuję w oku… Zima r. 1905 8Ogarnia mnie coraz przemożniej jakaś niepojęta żądza zabaw, nienasycone pragnienie rozrywek. Chwili nie mogę usiedzieć spokojnie w domu. Zarzuciłem wszystkie niemal swe prace i bawię się, szaleję. 9Wciągnąłem w ten dziki wir i Martę. Zrazu opierała się łagodnie, lecz z czasem uległa, jak w ogóle zawsze w stosunku do mnie. Chwilami mam wrażenie, że patrzy na mnie z wylękiem[2] jak na obłąkańca, lecz że ciągle śmieję się z tych jej bezwiednych obaw, uspokojona pozwala się unosić rozkosznemu prądowi. 10W kołach znajomych zdobyłem już podobno przydomek „pasjonowanego życiowca” i jako taki nie omieszkuję zjawiać się na każdym wieczorku, wencie[3], reducie[4], stawać do zawodów sportowych, zabierać głos na burzliwych zgromadzeniach. Zwróciłem nawet swym trybem życia uwagę prasy, która, o ile przedtem, gdy pracowałem istotnie twórczo i poważnie, usiłowała ignorować mnie stereotypowo „zabójczym” milczeniem, teraz ze wszech stron rzuciła się na mnie zajadle jak na apokaliptyczną bestię. Sypią się pod moim adresem morały o marnowaniu talentu, o warcholstwie życiowym, o manii orgiastycznej itp. Nie zważam na nic i od rana do późnej nocy, a czasem do drugiego rana, szumię jak młokos po linii skrajnej zewnętrzności. 11I w życiu erotycznym przekraczam teraz coraz wyraźniej dawniejszą miarę. Co gorsza, czuję, że jestem wprost anormalny. Sądzę, że po części przyczynia się do tego nerwowy sposób życia, jaki teraz prowadzę. Obudzają się we mnie jakieś pierwotne instynkta i chorobliwa pobudliwość zmysłów. 12Żal mi tylko Marty. Wprawdzie jej podatny jak wosk charakter przystosował się niebawem, i to nie bez uczucia wzajemnej rozkoszy, do zmienionych warunków, lecz mimo wszystko ona mi teraz nie wystarcza. Dla mnie jest to chwilami okropne, lecz nie mogę się opanować. Pijany jestem. Na szczęście ona o niczym nie wie; nawet nie przeczuwa. Nie przeniosłaby[5] tego. Owszem, jest teraz dla mnie podwójnie dobra i wyrozumiała. A jednak… a jednak nie czuję się szczęśliwy. 13SamotnikWłaściwie nie brak mi niczego, a przecież… jakoś mi dziwnie. Miewam chwile bezdennych prostracji[6] duchowych lub też niepokojów, tak dusznych, że zrywam się w nocy i cichaczem wypadłszy z domu, topię ciemny strach w lubieżnych rozrywkach. Coś mnie dusi, dławi. Czasami boję się własnego cienia i nie śmiem pozostać sam przez parę minut. 14Muszę być ustawicznie wśród ludzi, widzieć ludzkie twarze, słyszeć ludzki głos, czuć obecność istot żyjących. Zresztą czuję się coraz częściej okropnie samotny, beznadziejnie izolowany. Niejednokrotnie w czasie najhuczniejszej zabawy, gdy twarz Marty, zaróżowiona od wzruszenia, tchnie tym niewysłowionym blaskiem, który w niej zawsze tak podziwiam, nagle ci piękni, wyfraczeni mężczyźni, wytwornie, do omdlenia czarujące kobiety — wszystko to odsuwa mi się gdzieś w głąb, w daleką, bez kresów perspektywę i zostaję sam wśród jasnej, nużącej zgiełkiem świateł sali, sam, absolutnie sam… Luty 1906 15Oni wszyscy pozostają w nieświadomym porozumieniu co do mojej osoby. Wytworzyła się niemal entente cordiale[7] co do postawy, jaką należy przybrać wobec mnie. 16Stało się to nie wiadomo jak, ukradkiem prawie, ale niewątpliwie. Oni sami nie zdają sobie z tego sprawy, co właściwie zaszło, i gdybym ich o to zagadnął, z pewnością każdy odpowiedziałby zdumieniem. A przecież zachowują się teraz względem mnie całkiem inaczej niż przedtem. To nie przywidzenie — stanowczo nie! Coś w tym jest. Nie chodzi tu o lekceważenie lub pogardę. Przeciwnie. Ludzie są dla mnie uprzejmi jak dawniej, nawet powiedziałbym czołobitni, lecz… i tu widzę tajemniczą a zgodną u wszystkich zmianę — szacunek ich dla mnie nabrał cech jakby pewnej bojaźni, jakby żywiołowej trwogi. Lecz nie jest to bojaźń czci, ale coś całkiem innego… 17Co właściwie w tym tkwi, odgadnąć nie umiem. 18Mam tylko wrażenia i odczucia. ObcyLudzie zachowują się wobec mnie z trwożną rezerwą. Gdy staram się zbliżyć, instynktownie uchylają się, lubo[8] wśród oznak szacunku. Wiem z całą pewnością, że źródłem tego nie jest poczucie niższości, chęć ukorzenia się — nie, wszystko, tylko nie to. Oni raczej traktują mnie jako coś heterogenicznego[9], niewspółmiernego z nimi, przed czym zdrowy instynkt ostrzega i każe się mieć na baczności. Czasami muszę się uważać wśród nich za ciało obce. 19Sytuacja moja jest tym nieznośniejsza, że właśnie teraz najbardziej potrzebuję towarzystwa ludzkiego. Tymczasem gdziekolwiek się pojawię, od razu staję się im ciężarem. Maskują się naturalnie, pokrywając przykre uczucie, jakie wszędzie wywołuję, grymasem grzeczności, lecz ja to dobrze widzę i odczuwam i nie dam się zmylić. Najwidoczniej krępuje ich moja obecność… 20Tym to dziwniejsze, że miewam zwykle szalony humor i staram się ubawić ich wszelkimi sposobami. I chwilami udaje mi się wybornie; zapominają jakby o czymś i serdeczna ochota ciepłym nurtem przepływa im po duszy. Lecz wystarczy jakiś drobny szczegół, jakieś słówko poważniejsze, rzucone w przelocie, a wszystko wraca do dawnego stanu i znów robi się wkoło mnie przerażająca pustka… 20 lutego 1906 r. 21Zachodzą mi drogę jacyś ludzie nieznani i przemawiają słowami zagadek… Pojawiają się znaki, skinienia dziwne i odegrawszy przede mną ciemne swe role, zapadają gdzieś w dal. Przytrafiają się zdarzenia szczególne, zajścia dwuznaczne i przewinąwszy się przed mym wylękłym okiem, rozpływają w przestrzeni… 22Coś się wkoło mnie dzieje! Na coś się w pobliżu zanosi… 23Przed paru dniami byłem z żoną na maskaradzie. Marta w swym przebraniu cygańskim budziła powszechne zajęcie. Tłumy masek krążyły koło niej bez przerwy. Bawiłem się jak nigdy. Miałem strój rybacki z przewieszonym przez ramię zielonym niewodem[10]. Bezpieczny pod maską, pewny swego incognito, drwiłem niemiłosiernie, wywołując na sali wybuchy śmiechu. Nikt nie domyślał się, że złośliwie baraszkujący, pełen szalonej werwy rybitwa[11] i ciemnowłosa Cyganka — to małżeństwo. 24Mimo to wśród najhuczniejszej wesołości, gdy rozbawiony tłum wyrywał nas sobie formalnie z objęć, miałem dziwnie przykre spotkanie. W pewnej chwili przystąpiło do mnie jakieś wysokie, chude domino i półżartem rzuciło mi, przechodząc, uwagę: 25— Wesoły rybaku, miotasz się jak opętaniec i wywijasz siecią tak skwapliwie, jak gdybyś chciał nas wszystkich w nią złowić. Lecz niewód twój pusty, zdobycz wymyka ci się z rąk, a śmiech, który tak chciwie zdobywasz, dźwięczy nieszczerze. Czuć cię wodą. Zbyt przesiąkłeś chłodem topieli i teraz przemocą chcesz się tu rozgrzać. Robisz wrażenie cienia, który zapragnął zostać przedmiotem. 26Rzuciłem się ku impertynentowi[12], aby dać mu porządną odprawę, lecz ten wmieszał się natychmiast w tłum bezpowrotnie. 27Doznałem nader przykrego wrażenia. Ciemne słowa nieznajomego dotknęły mnie głęboko, kojarząc się bezwiednie z nastrojem dni ostatnich. Dopiero dzielna pomoc Marty zatarła następstwa niemiłego epizodu i noc upłynęła nam już do końca pogodnie. 1 marca 1906 28Od tygodnia mam noc w noc ciągle ten sam szary sen. Uporczywie powtarza się jakiś obraz beznadziejny suchą monotonią. 29Śni się jakaś stroma, zapadła sień z jednym do połowy stłuczonym oknem na podwórze. Z sieni pnie się w górę klatka schodowa, kręta tysiącem przegubów, nużąco długa. Stoję na pierwszych stopniach i wchodzę powoli na piętra. Nogi wloką się leniwo, drewniane, stukają ciężko po dębowych deskach, budząc głuche echa pustej przestrzeni. Stopnie są brudne, opylone grubą warstwą szarego kurzu, który pod uderzeniem obuwia wzbija się śniadą chmurą i dusi. W powietrzu czuć oschłość, język przywiera do podniebienia. A schody wiją się bez końca ku niewidomym[13] piętrom, ciągną się nieubłaganie wzwyż nudnym następstwem rzeczy powszednich. Gdy chcę przystanąć na chwilę i rzucam okiem poza siebie, popielate morze stopni pręży się ku mnie wężowymi skręty[14], że z trwogą odwracam się od szarej otchłani i wdzieram dalej, wyżej, wytężam resztki sił, napinam zwiotczałe nerwy. Pot perlisty występuje mi na czoło chłodne jak żelazo, ręce drgają jak szalone, a tępy wzrok, wlepiony w opętaną drabinę, snuje się gnuśnie po pajęczych wiszarach… 30Tak idę godzinami, bez przerwy, noc całą, a gdy już świt osrebrzy mą sypialnię, budzę się z potępieńczym znużeniem jak pielgrzym znużony. Szary, szary sen… 6 marca 31Ciągle jeszcze dławi mnie po nocach ta sama zmora. Już drugi tydzień wędruję we śnie po plugawych schodach i połykam kurz zbutwiałych stopni. Lecz są i pewne zmiany. Sen zdaje się rozwijać nowe motywy i dążyć ku jakiemuś rozwiązaniu… 32Nie jestem już sam w pylnej klatce: mam towarzysza. Spotykam go od minionej soboty zawsze mniej więcej w środku drogi ku górze. Wygląda na stróża tego dziwnego domostwa, bo w ręku pobrzękuje pękiem starych zardzewiałych kluczy. Schodzi skądś z górnych pięter, a stąpa tak cicho, że kroków nie słychać: idzie po schodach jak cień. 33Szczególny człowiek. Nigdy na mnie nie popatrzy, jakby się bał mego spojrzenia, lecz ustępuje mi trwożliwie z drogi, przesuwając swą wydłużoną postać tuż przy ścianie. Usiłowałem parę razy zajrzeć mu w twarz, lecz szeroki pilśniowy kapelusz nasunięty głęboko na czoło udaremnia moje wysiłki. 34Minąwszy mnie, zstępuje niżej w dół i znika nagle jak widmo, gdy ja zajadle, bez tchu wdzieram się na nową, coraz wyższą kondygnację… 35Dopiero wczoraj dotarłem nareszcie do końca obłąkanej klatki i stanąłem na czworokątnej platformie przed jakimiś drzwiami okutymi w żelazne sztaby. Tu był kres. 36Oparłem się wyczerpany o spróchniałą balustradę ostatnich schodów naprzeciw wierzei[15] i wlepiłem wzrok w żelazne przecznice… Gdyby tak drzwi otworzyć i zajrzeć do wnętrza? 37Uderzyłem ze wszystkich sił w żelazną zaporę, lecz okrwawiłem tylko ręce, które od bólu skurczyły się nerwowo i opadły bezradne. 38Niezrażony, oparłem się całym ciałem o skrzydła, usiłując wyważyć je z zawiasów, i szamotałem się z upartymi antabami[16] w nadziei, że uda mi się je wyrwać z nitów. Lecz wściekłe spoiwa trzymały z nieubłaganą wytrwałością i nie poddawały się. 39Gdy zniechęcony niemal już słaniałem się na kolanach, uczułem, jak ktoś mi wsuwa w rękę jakieś ostre, stalowe narzędzie. Chwyciłem uradowany, zrozumiawszy, że chce mi ułatwić zadanie, i wdzięczny zwróciłem się ku niespodziewanemu pomocnikowi. Lecz w tymże momencie odskoczyłem dziko w kąt między ścianą a balaskami[17]. Człowiekiem, który chciał mi się przysłużyć, był „stróż” spotykany po drodze na schodach. Kapelusz nie ocieniał mu teraz twarzy — cha, cha! — on jej nigdy nie mógł zakrywać, bo w miejscu twarzy czerniały tam tylko dwie puste jamy!… 10 marca 40Zdaje mi się — prześniłem mój sen do końca. Obraz, który ujrzałem nocy dzisiejszej, nosi na sobie wszelkie cechy epilogu. Jeżeli się sprawdzi jutro, rozumni obserwatorowie życia, którzy ze zdumieniem śledzą me wyuzdanie, może wreszcie pojmą je i przestając uważać mnie za wariata, skłonią w zadumie głowy: 41— Tak być musiało. 42Piszę te słowa spokojnie: tak spokojnie, że chwilami sam sobie się dziwię. Wszakże to jutro! 43Godziny upływają mi zwykłym trybem, wydzwaniane miarowo przez stare zegary, zajęcia dnia powtarzają się z obojętną regularnością rzeczy zwyczajnych. 44Na zewnątrz nie dzieje się nic. Wszystko po dawnemu, nigdzie podejrzanej rysy, niepokojącej zmiany. Takie to jakieś dziwne, tak okropnie dziwne! Wszakżeż jutro! 45Chociaż… może się mylę, biorąc poważnie wytwory schorzałego mózgu, może ja się mylę… Zresztą wszystko mi jedno; jestem tak apatyczny, tak poddańczo zrezygnowany… 46Właściwie nie wiem, po co to piszę. Wartość tych kilku kartek zawisła od jutra; jeśli ono odpowie snowi, pamiętnik będzie stanowił ciekawy dokument… 47Jestem niby spokojny, a cały drżę jak w febrze i nie mogę w skupieniu skreślić paru linii. A spieszyć się muszę bardzo, bo czasu mam dzisiaj mało i chciałbym jeszcze odwiedzić wszystkich mych przyjaciół… 48Chodzi tedy o epilog dzisiejszej nocy, o zakończenie snu, który dręczy mnie od kilku tygodni. Prawdziwie stylowy finał!… 49W jakiejś porze nocy ujrzałem się znów przed okutymi drzwiami. Stały nieubłaganie zawarte jak ostatniego razu. Lecz po dokładniejszym zbadaniu jednego z żelaznych skrzydeł dostrzegłem w nim wycięty prostokątny otwór. Prawdopodobnie wykroiłem go sam za pomocą pilnika ubiegłej nocy, chociaż nie mogłem przypomnieć sobie odnośnego obrazu we śnie. Możliwe też, że był urzeczywistnioną proleptycznie[18] konsekwencją widzenia z przedwczoraj. 50Zajrzałem przez otwór… 51Za drzwiami był pokój. 52Wyglądał na pracownię zamożnego człowieka, urządzoną ze smakiem i wykwintną prostotą. 53W kącie stała oszklona szafka z orzecha na książki, na środku biurko, obok mały stolik z krzesłami, obciągniętymi ciemnozieloną skórą. Na ścianach parę obrazów, których treści nie pamiętam. 54Za biurkiem, w szerokim fotelu z poręczami, siedział obrócony do mnie plecami jakiś mężczyzna i coś pisał. Od czasu do czasu odkładał pióro, aby zaciągnąć się cygarem, które dymiło obok w popielnicy, po czym zabierał się gorliwie do dalszej pracy. — A była dziwna. 55Nieznajomy widocznie nie pisał nic ciągłego, bo co parę chwil odkładał na bok zapisywaną krótko kartkę, aby zastąpić ją drugą. Miałem wrażenie, że zajęty jest adresowaniem. Starałem się uchwycić rysy jego twarzy, lecz nie udało mi się: siedział wciąż plecami ku otworowi i nie obejrzał się ani razu. 56Tymczasem obok na biurku piętrzył się coraz wyżej stos kart. Były zgięte w połowie, ze sztywnego lśniącego kartonu i każda na grzbiecie, ze strony zewnętrznej, miała świeżo napisane atramentem cztery wyrazy. Były to oczywiście adresy różnych osób. 57Stąd wnosiłem, że wewnątrz kartony muszą zawierać jakąś treść drukowaną, i to jednakową dla wszystkich: może zaproszenia na jakąś rodzinną uroczystość?… 58Nagle przerwał pisanie, potarł ręką czoło i jakby przypominając coś sobie, nacisnął guzik dzwonka. 59Wszedł służący. Pan, nie opuszczając fotelu, wydał jakiś rozkaz poparty gestem, po czym ukrywszy twarz w dłonie, oparł się łokciami o biurko i zamyślił… 60Wtem otworzyły się drzwi naprzeciw i weszło kilku ludzi z jakimś podłużnym, walcowatym pakietem; za nimi wniosło do pokoju dwóch wyrostków trzy podwójne drabiny. 61Pan domu nie podniósł czoła, lecz z głową pochyloną siedział nieruchomo w poprzedniej pozycji. 62Wtedy ludzie poczęli rozwijać swe rulony, z których obsunęły się na posadzkę szerokie, morowo lśniące płaty czarnej kitajki[19]. Jeden z wyrostków poprzystawiał do ścian gabinetu drabiny, po czym skinąwszy na towarzysza, wyśliznął się cicho z pokoju. Pozostali podzielili się na dwie partie; jedni wstąpili na szczeble, unosząc ze sobą w górę krucze opony[20], drudzy, pozostali u dołu, odmotywali zwoje, przekrawując materię nożycami, gdy w odpowiedniej długości pokryła ścianę. 63Z kolei nastąpiło przybijanie kirów[21]. Słyszałem wyraźnie suchy stukot młotków, uderzających o mur, w uszach zgrzytał mi jęk gwoździ, które natrafiały na twardą przeszkodę… 64Praca szła w szalonym tempie; po kilku chwilach zewsząd zwisały okropne makaty, przesłaniając wszystko jednolitą, połyskującą metalicznie czernią. 65Skończywszy pracę, robotnicy odeszli. Nieznajomy wciąż siedział nieruchomo za biurkiem, nie podnosząc twarzy. Zdawał się nie dostrzegać zmiany, jakiej uległo otoczenie. 66Wtem znów otworzyły się drzwi naprzeciw i do pokoju wniosło paru chłopaków kilkanaście wazonów z kwiatami, doniczki ze świeżymi pękami tuberoz, lewkonii, mirtów, stosy wieńców z białymi szarfami. Złożywszy je pod oknem, zniknęli z powrotem. 67Po chwili u wejścia ukazał się służący i otworzył szeroko skrzydła drzwi, czyniąc gest zapraszający do wnętrza. Wtedy dopiero pan domu podniósł się na przyjęcie gości. Oparłszy się lewą ręką o brzeg stołu, drugą wyciągnął ruchem wytwornym na powitanie. 68Niedługo czekał. Niebawem w drzwiach zaczerniało parę postaci męskich w stroju wieczorowym. Szybko przeszedłszy chodnik, rozesłany od wejścia do biurka, ściskali w milczeniu dłoń gospodarza. Twarze poważne, surowe, skupione. Poznałem ich: byli to moi najbliżsi znajomi. Potem przyszli inni. Żaden nie był mi obcy: sami towarzysze pracy, koledzy, gdzieniegdzie ludzie przygodnie poznani. Poprzez zwarty tłum ubrań wieczorowych dojrzałem tu i ówdzie kilka kobiet z towarzystwa, do którego należałem. 69Goście po przywitaniu się z panem domu usunęli się w głąb pokoju, zapełniając go powoli ciemnym zastępem. Nie było słychać żadnych rozmów, żadnych szeptów: panowało głuche milczenie, nieprzerywane nawet słowami przywitania; podawano sobie tylko ręce bez słów, jakby w niemym porozumieniu… 70Nagle tłum rozsunął się wśród oznak szacunku i tworząc szpaler, przepuścił środkiem jakąś kobietę, ubraną w ciężką żałobę. Spod zapuszczonego kwefu wymykały się połyskujące ciepło na skrętach ciemnopłowe pukle włosów; smukła i gibka jak trzcina, szła krokiem pełnym utajonej dystynkcji[22], której nawet ból i żałoba chwili nie zdołały zatrzeć. 71Ujrzawszy wchodzącą, nieznajomy mężczyzna postąpił ku niej i wyciągnął ramiona. Obsunęła się w nie bez słowa i na długą chwilę spoczęła w cichym objęciu. Po czasie on dźwignął wiotką jej kibić i oparłszy na swoim ramieniu, odsunął sprzed oczu jej welon… Kobietą była moja żona… 72Długo, długo wpatrywał się w jej twarz, w jej prześliczne oczy i chłonął słodycz jej spojrzenia. Potem powoli, nie spuszczając z niej wzroku, sięgnął wstecz ręką ku biurku i wziąwszy ze stosu leżących tam kart jedną, otworzył ją i podał Marcie do przeczytania… 73Była to klepsydra pogrzebowa. Rzucała się w oczy data: 11 marca 1906, a nad nią nazwisko zmarłego: Atosal. — Dziwne nazwisko!… 74Nagle przyszło mi na myśl, że należy je odczytać na wspak. Zacząłem… W miarę jak porządkowałem wstecznie litery, nieznajomy powoli obrócił się ku mnie twarzą i… wśród okrzyku grozy obudziłem się. 75Dopisek wydawcy pamiętnika: 76W. Lasota zmarł dnia 11 marca 1906 roku śmiercią nagłą, trafiony w głowę przez spadającą z rusztowania cegłę.
Ocena wątku: 0 Głosów - 0 Średnio 1 2 3 4 5 W3exe Tabori Tuning ! Pojazd: crs, gs550e Liczba postów: 786 Reputacja: 22 Niesamowita sprawa ze skrzynia ale jaja takich to jeszcze nie widziałem. jadę sobie kiedyś i była taka lekka górka to na 4 szedł. I nagle dostał takiego mula ze koniec świata. Przełożyłem na 3 dalej spadają obroty ( jedzie jakby w 3 osoby pod niezła górkę) potem wyjechałem na prosta i to samo. nie chce jechać na 2 3 i 4. na 1 ciągnie bardzo ładnie. Włączyłem luz wkręca się bardzo ładnie. i co to jest? o_O czy to wina skrzyni ze dostaje tak okrutnego mula? poprostu niedoopisania mul jak cholera zeby na 2 po prostej nie chcial jechac tylko ze mna? dodam ze po chwili przeszło i jechał już normalnie. następnego dnia zrobiło się tak samo i ledwo dojechałem do odmu a niedawno chwaliłem się bandiemu ze sim chodzi jak zegarek gg: 47665085 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20:01 przez W3exe.) 20:00 DUDEX ..::ELEKTRONIKA::.. Pojazd: s51/1,golf 4 Dołączył: 31-03-2009 Liczba postów: 1,517 Reputacja: 105 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia być może tłok ci puchnie lub zacierają się tuleje mosiężne w koszu sprzęgłowym 20:21 W3exe Tabori Tuning ! Pojazd: crs, gs550e Dołączył: 22-03-2009 Liczba postów: 786 Reputacja: 22 20:31 K0rzeŃ Habicht Pojazd: Simson s51 Dołączył: 29-04-2009 Liczba postów: 501 Reputacja: 6 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia Moim zdaniem to na pewno coś z zestawem cylinder-tłok się niedobrego dzieje ... BikePics Polska Jazda 20:42 akusioll Doktor Hous'e ^^ Pojazd: Tico/C-max Dołączył: 10-09-2009 Liczba postów: 677 Reputacja: 25 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia Albo rozsypalo ci sie lozysko na korbowodzie, u mnie byly idento objawy Pomogłem, + do reputacji GAZ JEST DO ZAPALNICZEK 21:26 adasiek185 JEEECHAAAAC :D Pojazd: s70, A3 8L TDI Dołączył: 21-02-2011 Liczba postów: 2,511 Reputacja: 176 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia a ja proponuje nie gdybac tylko rozebrac serducho i wszystko bedzie jasne jak sloneczko Uzyskałeś ode mnie pomoc? Kliknij plusa, to nie boli DDR power ;D Moja suka ;* "Boże, chroń nas przed diabłami w niebieskich mundurach, czającymi sie za rogiem" 19:27 W3exe Tabori Tuning ! Pojazd: crs, gs550e Dołączył: 22-03-2009 Liczba postów: 786 Reputacja: 22 19:40 adasiek185 JEEECHAAAAC :D Pojazd: s70, A3 8L TDI Dołączył: 21-02-2011 Liczba postów: 2,511 Reputacja: 176 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia a skad to wiesz ze nie byl? trzeba rozebrac. nie ma ze boli. ja tez rozdziewiczalem silniki Uzyskałeś ode mnie pomoc? Kliknij plusa, to nie boli DDR power ;D Moja suka ;* "Boże, chroń nas przed diabłami w niebieskich mundurach, czającymi sie za rogiem" 19:47 W3exe Tabori Tuning ! Pojazd: crs, gs550e Dołączył: 22-03-2009 Liczba postów: 786 Reputacja: 22 20:26 adasiek185 JEEECHAAAAC :D Pojazd: s70, A3 8L TDI Dołączył: 21-02-2011 Liczba postów: 2,511 Reputacja: 176 RE: Niesamowita sprawa ze skrzynia na pewno bylo grzebane. jak jest dobry srubokret to sladow nie bedzie Uzyskałeś ode mnie pomoc? Kliknij plusa, to nie boli DDR power ;D Moja suka ;* "Boże, chroń nas przed diabłami w niebieskich mundurach, czającymi sie za rogiem" 20:40 Podobne wątki Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post Skrzynia DUO4/1 zgubiła biegi varico 0 621 13:06 Ostatni post: varico Skrzynia biegow hubertsedes 4 939 13:12 Ostatni post: hubertsedes Skrzynia mateusz2f 28 2,886 14:00 Ostatni post: bomBer Skrzynia biegow Marcino250 6 1,307 08:44 Ostatni post: bomBer Problem skrzynia 4B Diablo 16 2,515 20:36 Ostatni post: Diablo Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
niesamowita sprawa dziwne nie